Szkło rzadko bywa tylko materiałem. W pracowni Barańska Design staje się przestrzenią dialogu dwóch pokoleń – doświadczenia i świeżości, rzemiosła i eksperymentu. Edyta Barańska, jedna z najważniejszych postaci fusingu w Polsce, od lat buduje własny język pracy ze szkłem. Dziś dołącza do niego głos jej córki, Marii Kostrzak, która niemal bezpośrednio po dyplomie weszła w realną pracę twórczą, równolegle rozwijając własną pracownię Makos. Ich współpraca nie jest prostą historią sukcesji, lecz procesem pełnym prób, buntu i rozmów o granicach między sztuką, designem i funkcją. To opowieść o świeżym spojrzeniu i doświadczeniu, o odwadze eksperymentu i ciężarze rodzinnego kontekstu – oraz o tym, jak szkło może stać się wspólnym językiem dwóch generacji.
Mario, dopiero co obroniłaś dyplom artystyczny i niemal od razu dołączyłaś do Barańska Design. Jak wyglądał ten moment przejścia – między studiami a realną pracą twórczą?
Maria Kostrzak: To wydarzyło się bardzo płynnie. Po obronie dyplomu od razu zaczęłam pracę w pracowni i tworzenie razem z mamą. Nie potrzebowałam przerwy – mój dyplom również powstawał w szkle, a pracownia była już wtedy moim naturalnym środowiskiem. To była ciągłość, a nie zmiana.
Czyli nic Cię szczególnie nie zaskoczyło?
Maria: Nie. Od dziecka bywałam w pracowni, pomagałam, obserwowałam. Ta obecność była czymś naturalnym, a fascynacja szkłem pojawiła się bardzo wcześnie. Z czasem stała się świadomym wyborem.
Edyta Barańska: Pierwsze doświadczenia Maria zdobywała jeszcze w gimnazjum – wtedy zrobiłam w pracowni warsztaty dla jej klasy. Kluczowy był jednak późniejszy rok pracy w mojej pracowni, dwa semestry poświęcone projektowi lampy. Wtedy zobaczyłam jej pełne zaangażowanie. Lampa została zakwalifikowana do finału konkursu darc awards w Londynie w 2022 roku – to był moment przełomowy dla nas obu.
Edyto, jak przeżyłaś moment, w którym Maria realnie weszła do Twojej pracowni?
Edyta: Bardzo się cieszyłam, choć wcześniej długo trzymała mnie w niepewności. Maria rozważała też inną drogę – grafikę – i miała okres buntu, m.in. wybór liceum ogólnokształcącego zamiast szkoły artystycznej. Z czasem jednak wróciła do pracowni i zaczęła dostrzegać potencjał firmy oraz to, ile pracy i serca włożyliśmy w jej rozwój.
Maria: Z zewnątrz często słyszałam, że „mam łatwiej”. Ale ten rodzinny kontekst bywa też obciążeniem. Towarzyszyły mu komentarze i oczekiwania, również na studiach. To, co wygląda jak ułatwienie, często przesłania realną pracę, wysiłek i odpowiedzialność.
Edyta: Dokładnie. To nie zawsze pomaga – czasem wręcz utrudnia drogę zawodową.
Jakie kompetencje i nowe spojrzenie Maria wniosła do Barańska Design?
Edyta: Trudno mi to jeszcze jednoznacznie nazwać, ale bardzo to czuję. Maria porządkuje wszystko to, na co ja przez lata nie miałam czasu. Dotyczy to zarówno pracy w pracowni – szczególnie przy szkle – jak i zaplecza organizacyjnego. Bardzo dogłębnie poznaje materiał: barwniki, kolory, zachowanie szkła, a przy tym systematyzuje wszystko w logiczny sposób.
Porządkuje też biuro i bazę materiałów. Przygotowała bibliotekę brył 3D, co bardzo ułatwia nam współpracę z architektami. Tworzy kompletne narzędzia dla projektantów: zestawy zdjęć, brył, opisy techniczne, próbniki, które właśnie rozsyłamy. Wszystko to, co ja odkładałam „na później”, Maria po prostu przejęła – ale robi to po swojemu, metodycznie i konsekwentnie. Ja działam raczej chaotycznie, a ona wprowadza porządek, który naprawdę zmienia sposób funkcjonowania pracowni.
Do tego zajmuje się nowymi mediami: prowadzi nasze profile na Instagramie i Facebooku, robi zdjęcia, montuje filmy, jest otwarta na nowe narzędzia i technologie. To wszystko przychodzi jej naturalnie, a dla mnie często bywa wyzwaniem.
Edyto, jako jedna z najważniejszych postaci fusingu w Polsce – jak widzisz miejsce młodego pokolenia w rozwijaniu tej techniki?
Edyta: Myślę, że fusing zdecydowanie będzie się dalej rozwijał. To technika bardziej dostępna niż na przykład współpraca z hutą czy klasyczne szlifowanie szkła, takie stricte rzeźbiarskie działania. Daje też ogromne możliwości. Można w niej tworzyć obiekty czysto artystyczne, ale też bardzo użytkowe.
Mam też poczucie, że ta technika będzie ewoluować. Z jednej strony wywodzi się z tradycji pâte de verre, czyli zgrzewania z pudrów szklanych, a z drugiej – coraz częściej pojawia się praca z bryłą szklaną, z dobijaniem szkła, z budowaniem nowych struktur.
Dochodzi do tego formowanie szkła na coraz bardziej złożone sposoby. Pojawiają się narzędzia i technologie, których nie było, kiedy ja studiowałam. Lasery, waterjety – to wszystko otwiera nowe możliwości i może być wykorzystywane w fusingu jako procesy pomocnicze. Dlatego uważam, że to technika bardzo rozwojowa i wciąż niedopowiedziana.
Mario, prowadzisz własną pracownię – Makos. Jaka jest jej filozofia i jak bardzo pozwalasz sobie na eksperymenty z własną estetyką?
Maria: Makos opiera się na idei ponownego łączenia ludzi – poprzez wspólne spędzanie czasu, rozmowy, dzielenie posiłków. Chciałabym, żeby tworzone przeze mnie przedmioty były pretekstem do spotkań i dialogu – o sztuce, formie, materiale. Zależy mi na tym, żeby obiekt był jednocześnie użytkowy i rzeźbiarski. Żeby funkcjonował w codziennym życiu, ale też prowokował pytania – nawet te kontrowersyjne, o granicę między designem a sztuką. Dla mnie to właśnie rozmowa, którą taki obiekt uruchamia, jest kluczowa. Jeśli chodzi o estetykę, wciąż jestem w procesie uczenia się. W pracy ze szkłem pozwalam sobie na intuicyjne eksperymenty. Fusing daje ogromną swobodę – można próbować, testować, wychodzić poza utarte schematy.
Edyta: I to jest jej ogromna siła. Maria próbuje rzeczy, których ja często bym nie zrobiła, bo zakładam, że się nie uda albo że są zbyt ryzykowne. A potem okazuje się, że właśnie te eksperymenty przynoszą najciekawsze efekty.
Maria: Czasem najlepsze rzeczy wychodzą właśnie z prób.
Edyta: Dokładnie. To jest ogromna wartość jej obecności w pracowni – świeże spojrzenie i odwaga, które realnie popychają nas dalej.
Mario, chciałabym zapytać Cię o Twój udział w wystawie w Dubaju. Co dał Ci ten międzynarodowy kontekst tak wcześnie po studiach?
Maria: To było dla mnie bardzo ważne doświadczenie. Wystawa odbywała się równolegle z Dubai Design Week, więc mogłam zobaczyć ogromną liczbę ekspozycji i realizacji na światowym poziomie. Najcenniejsze było jednak zanurzenie się w międzynarodowym środowisku – obserwowanie różnych podejść do formy, materiału i funkcji. Bycie w takim kontekście bardzo otwiera głowę i daje dużą motywację do dalszej pracy.
Edyta: Maria była tam najmłodszą uczestniczką wystawy – miała 23 lata, a pozostali twórcy byli zwykle znacznie starsi, z dużym dorobkiem. Jej prace były jednak odbierane jako bardzo dojrzałe, co budziło spore zaskoczenie. Najciekawsze było to, że to „inne spojrzenie” było zauważalne nawet w tak podstawowych formach jak patera czy obiekt stołowy. I właśnie to przyciągało uwagę.
Dziś bardzo silna jest tendencja estetyczna, w której „krzywe” staje się piękne. Ja nie do końca hołduję tej zasadzie – być może dlatego, że wyrosłam w duchu szkoły profesora Horbowego. Nie chodzi mi o perfekcję, ale o kompozycję i świadomy kształt. Znając technologię, wiem, że „krzywe” bywa często łatwiejsze do wykonania niż naprawdę dobrze wyważona, prosta forma. Z drugiej strony widzę w tym także powrót do historii szkła – do jego archaicznych, nieregularnych początków. Być może to właśnie ta inspiracja, a być może ja przez lata zbyt mocno skupiłam się na projektowaniu do stołu.
I tutaj dochodzimy do bardzo ciekawego momentu. Gdzie dziś kończy się design, a gdzie zaczyna sztuka?
Edyta: Mam wrażenie, że powstała dziś trzecia droga – pomiędzy designem a sztuką. Przedmioty, które są użytkowe, ale jednocześnie bardzo artystyczne. Dla mnie design zawsze powinien uczestniczyć w życiu: jeśli obiekt stoi przy kanapie, można na nim położyć książkę czy kubek, to wciąż jest design. Rzeźba istnieje wyłącznie po to, by ją oglądać. Właśnie ten obszar pomiędzy – często nazywany art designem – rozwija się dziś najciekawiej. Ludzie chcą personalizować wnętrza i wybierają obiekty funkcjonalne, ale wyjątkowe.
Mam też poczucie, że młode pokolenie wraca do funkcji, choć w nowy sposób – nie czarno-biały, lecz bardziej świadomy. To przestrzeń, w której można łączyć kompetencje artystyczne i projektowe. I choć łatwiej ją monetyzować, słyszę w niej coś więcej: przypomnienie, czym design naprawdę jest.
Edyto, zostałaś nominowana do finału Wszechmocne w Sztuce, trafiłaś na listę AD100, a Twoje i Marii prace były prezentowane w ramach wystawy Uskrzydlone pokolenia. Które z tych wydarzeń było dla Ciebie najbardziej przełomowe?
Edyta: Każde z tych wydarzeń było przełomowe na swój sposób, dlatego nie potrafię ich ze sobą porównać. Nominacja do Wszechmocnych miała dla mnie szczególne znaczenie jako wyraźne docenienie kobiet w świecie, który wciąż w wielu obszarach jest zdominowany przez mężczyzn. Była dla mnie ogromnym zaskoczeniem i zaszczytem – zwłaszcza kiedy zobaczyłam, w jakim gronie się znalazłam. Z kolei AD100 to bardzo ważne wyróżnienie środowiskowe. Niezależnie od subiektywności takich zestawień, to lista tworzona przez opiniotwórcze medium i aktualny znak obecności w świecie designu i architektury. Każde z tych wyróżnień domyka inny etap mojej drogi i dlatego każde jest dla mnie ważne.
Wystawa Uskrzydlone pokolenia była dla Was wyjątkowym momentem. Czym było dla Ciebie wspólne wystawienie prac z córką – zarówno artystycznie, jak i emocjonalnie?
Edyta: Wystawa Uskrzydlone pokolenia była dla mnie wydarzeniem bardzo emocjonalnym – jednocześnie artystycznym i rodzicielskim. Wystawić się razem z własną córką to wejście w zupełnie nowy etap. To trochę jak moment, w którym orientujesz się, że dziecko jest już gotowe zrobić coś samodzielnie.
Przygotowania były intensywne – całą wystawę musiałyśmy opracować praktycznie od zera i miałyśmy na to zaledwie miesiąc. To była prawdziwa praca zespołowa: pomagałyśmy sobie nawzajem przy projektach, działałyśmy równolegle.
Maria: To była rzeczywiście pełna kolaboracja. Część obiektów powstała specjalnie na tę wystawę – między innymi lampa z kryształów, która do dziś znajduje się w House of Diamonds jako obiekt ekspozycyjny. Stworzyłam też nowe prace, w tym paterę Yovas. Ten obiekt, pierwotnie zaprojektowany na konkurs Elle Decoration, pojechał później do Dubaju i spotkał się z bardzo dużym zainteresowaniem. Po wystawie prace zaczęły się dobrze sprzedawać, a część trafiła na licytację na Uniwersytecie Koźmińskiego na rzecz Fundacji Rozwoju, z przeznaczeniem na fundusze stypendialne.
Jak widzicie przyszłość Barańska Design w momencie, kiedy marka zaczyna funkcjonować jako dialog dwóch generacji?
Edyta: Patrzę na to bardzo optymistycznie. Mam nadzieję, że z biegiem lat – kiedy Maria będzie przejmować coraz więcej odpowiedzialności – ja będę mogła częściowo wrócić do czystej sztuki, do malarstwa, które zawsze było mi bardzo bliskie. Już planujemy taki symboliczny powrót – wspólne malowanie, mały, domowy plener. To dla mnie jednocześnie domknięcie i otwarcie nowego etapu. Widzę też, że dzięki Marii w Barańska Design pojawiają się nowe produkty i nowe kierunki rozwoju. Przygotowuję ją do pracy z hutą szkła, do projektowania obiektów realizowanych w większych kolekcjach i na inną skalę. To naturalny i potrzebny krok.
Maria: Dla mnie to moment budowania odpowiedzialności i własnego języka w ramach marki, która już ma silne fundamenty. Zależy mi na tym, żeby rozwijać Barańska Design dalej, ale jednocześnie wprowadzać nowe narzędzia, nowe struktury i inne tempo pracy. Widzę tę markę jako przestrzeń, która może funkcjonować równolegle w kilku obszarach – rzemiosła, projektowania, współpracy z architektami – i naturalnie ewoluować wraz z nami. To jest proces, a nie jednorazowa zmiana.
Zdjęcia: Barańska Studio, @baranskadesign